No właśnie, po co mi jakieś olejki, zioła, stawianie baniek, sauna, bieganie, zdrowe żywienie, chodzenie boso i inne metody naturalne? Wystarczy pójść do lekarza, potem do apteki i po sprawie. Prawda?
Kiedyś, dawno temu, miałam takie samo podejście. Pierwszy raz zaświeciło mi się światełko alarmowe przy nawracającym zapaleniu zatok u mojego syna. Odbijaliśmy się od antybiotyku do antybiotyku. Syn był coraz bledszy i słabszy, a przecież był już nastolatkiem, a jak wiemy, nie tak łatwo złamać w tym wieku. Nie było poprawy. Niby po tygodniu nadawał się do powrotu do zajęć, jednak po kilku dniach historia się powtarzała i spadaliśmy na jeszcze silniejszy antybiotyk. W końcu któregoś „pięknego dnia” dostał potwornego uczulenia. Wysypka na całym ciele, potworne swędzenie, myśleliśmy oboje, że zwariujemy nim znaleźliśmy się u pediatry, który leczył go, jak był mały. Lekarz kazał natychmiast odstawić antybiotyk (zrobiliśmy to już wcześniej) i po prostu wypuścił nas do domu z kolejnym zwolnieniem. Zatoki natomiast nadal były zapchane gęstym ropnym katarem, któremu towarzyszyły potworne bóle głowy. I wtedy pewien Mądry Człowiek poradził mi inhalacje z olejku Tymianek ct. Linalol. Aż trudno było mi uwierzyć, ale po dwóch, najdalej trzech dniach mój syn oddychał normalnie, a z objawów pozostały jakieś „niedobitki”.
Brzmi jak historia niemalże science fiction bo tak traktujemy dzisiaj terapie naturalne. Nie byłam wówczas wiele lepsza, jednak wkurzyła mnie bezradność. Nie tylko lekarzy, ale również moja. To pierwszy moment halo w moim życiu. Do tej pory byłam zupełnie ślepa. Drugi moment halo, taki już z wielkim przytupem, opisywałam wielokrotnie, a dotyczył tym razem mnie. Jednak wówczas nie byłam już ufna jak przysłowiowa owieczka i włączyło mi się logiczne myślenie, które przeczyło i diagnozie, i zaleconym metodom. Zdziwienia nie było, gdy się okazało, że diagnoza była błędna, a proponowane metody już dawno wysłałyby mnie tam, gdzie, póki co się nie wybieram. Wówczas postawiłam ostateczną kreskę.
Od tamtej pory minęło już wiele lat. Lat, w których mogłam przekonać się wielokrotnie, w jakim dziwnym stanie utrzymywałam siebie i swoją rodzinę. Uważałam mianowicie, że tylko to, co oficjalne, może mi pomóc, że metody naturalne to jakiś szkodliwy zabobon, że to raczej wsadzanie Rozalki do pieca, a nie terapie, które są skuteczne.
Marzy mi się taki moment, gdzie oba te dziwne światy będą współpracowały dla naszego dobra. Jednak wiem, że to utopia. Tam, gdzie pieniądze, tam nie ma sentymentów. Bilans musi wyjść na plus. Dlatego terapie naturalne jeszcze długo nie odzyskają prawowitego miejsca, a przecież utrzymały ludzkość przy życiu od zawsze do początków zeszłego wieku.
Zatem do czego mi terapie naturalne? Do swobody, samostanowienia, skuteczności, do braku lęku, gdy pojawi się głupi katar, grypa, zapalenie stawów, problemy z wątrobą, trzustką czy borelioza. Do tego, żebym wiedziała, co mam wówczas zrobić, bez dodatkowego narażania kogokolwiek z mojej rodziny na skutki uboczne lub drakońskie procedury. Bym znowu nie oglądała, jak któreś z moich dzieci ginie w oczach z powodu głupiego zapalenia zatok. Trzeźwość umysłu i pokerowe „sprawdzam” potrzebne mi, by już nikt mi nie opowiadał niestworzonych historii, bo tak pokazują wyniki, zupełnie niepomny na to, co ja mówię, jakie mam objawy i co mi się przydarzyło, nie chcąc nawet sprawdzić innych możliwości i wymachując mi przed nosem swoim autorytetem.
Dla mnie terapie naturalne to bardzo, bardzo duży margines wolności. A historie, które mi się przydarzyły, to niezastąpiona lekcja samodzielnego myślenia. Czy zatem potępiam metody konwencjonalne? Nie. W niektórych przypadkach są konieczne. Jednak wolę patrzeć na ręce. Im więcej umiesz, tym więcej masz wolności – to mądrość rodzinna, którą mnie „katowano” za dziecka. Jakże jestem wdzięczna za tę naukę.




