Panaceum nie ma…

Ogień pali się w kominku, jest ciepło, szczapy drewna trzaskają, ulatują iskry. W ogniu jest coś szczególnie magicznego, przynajmniej dla mnie. Zawsze, gdy się pali jestem jak zahipnotyzowana. Swoim tańcem, szelestem, ciepłem, przyciąga mnie jak magnes. Ogień w kominku zimą to już wyższy lewel oczarowania. Za oknem śnieg (wreszcie), mróz a w domu ciepło, jasno i przytulnie. Wygodne podusie na podłodze, książeczka, spokój – to najmilsze w zimie.  Z wiekiem stałam się też wielkim miłośnikiem ciepła i chociaż prawdziwie lubię zimę to tylko tą prawdziwą, ze śniegiem, mrozem i słonecznymi dniami. Wówczas pomimo zimna jest ciepło a przede wszystkim jasno. Tego mi chyba w tutejszych zimach brak najbardziej. Co prawda nie tylko w zimach. Belgia to kraj deszczu i chmur. Rekord bezsłonecznych dni sprzed kilku lat to 140 dni bez jednego promienia słonecznego. Gdy dodamy do tego ciągłe deszcze, często ulewne, stale bardzo wilgotne powietrze, wówczas tego kocyka przed kominkiem pragnie się jeszcze bardziej. Nie bez powodu nazywa się taką pogodę „dżumą”. I z pewnością sprzyja ona sezonowym zachorowaniom. Nas szczęśliwie omijają szerokim kołem, co charakterystyczne od czasu, gdy machnęliśmy ręką na wiele współczesnych wynalazków i zaczęliśmy „po staremu”. Taka nowa tradycja – cytując klasyka. Przywrócenie jej choć w niewielkim stopniu wymagało wiele wysiłku. W kwestii żywienia na początku była to prawdziwa gimnastyka. Znaleźć niepasteryzowane mleko, kury żywione normalnie by jajka były jajkami kurzymi a nie ikrą rybią, samodzielne tłoczenie soków z owoców   mniej „podkręcanych”, choć trochę wartościowe mięso, pieczywo na zakwasie, który nota bene mimo wielu podejść pozostaje dla mnie, póki co poprzeczką nie do przeskoczenia 😊. Zadbanie o codzienny ruch, ach jakże ja byłam oporna, jak mi się nie chciało, ile wymówek tworzyłam! Tak, powrót choć po części do dawnego stylu życia to dość trudny proces. Nie wszystko da się odtworzyć w obecnych warunkach. Dobrze zatem, że jest kominek a w nim ogień szepcze ciepłe, radosne historie.

Nie znaczy to jednak, że choróbska nie starają się do nas dotrzeć. Oczywiście, że tak! Tylko jakby nie mają zbyt dużego pola manewru. Od lat jesień i zima upływają nam na wyciagnięcie ręki z naszym nieodłącznym przyjacielem. Przybył z daleka, jest tradycjonalistą, ale z innej części globu. U siebie również wspomaga ziomków w różnych dolegliwościach, zwłaszcza wirusowych. Najbardziej skuteczny jest, gdy czujemy, że coś nas „bierze”. Nie zastanawiając się sięgamy od razu po jego pomoc i najczęściej ta jednorazowa jest wystarczająca. Również w czasie, gdy na świecie panoszył się rozsiany pewien uciekinier z pewnego odległego laboratorium nasz przyjaciel przyszedł nam z natychmiastową pomocą. W moim przypadku pracował cale 3 dni! Jak na jego możliwości i mój stan odporności to na prawdę długo. Staliśmy się nierozłączni. Zawsze, gdy wyjeżdżam zabieram go ze sobą, na wszelki wypadek. Biorę wówczas też jego rodaka, zawsze to raźniej podróżować po świecie z kimś kogo się zna. Chociaż przyznać muszę, że jego rodak to zupełnie inne wrażenia. Może nie jest takim przyjacielem jak poprzedni, ale myślę, że mogę go dołączyć do grona moich ulubieńców. Czasami, gdy mam ochotę sprawić sobie przyjemność zapraszam go do siebie.

I tak radośnie, w trójkę przemija nam zima za zimą. W spokoju i poczuciu, że w razie „W” wiem co zrobić i wielokrotnie przekonałam się, że jest to skuteczne. Mój przyjaciel to olejek Saro a jego rodak to olejek z Imbiru, ale koniecznie destylowany ze świeżego kłącza. Rety! Jak on cudownie smakuje z miodem. Wprawdzie Saro nie jest ani tak aromatyczne ani tak smaczne, jednak w pełni spełnia swoje zadania w razie rozpoczynającej się infekcji. Daleka jestem jednak od twierdzenia, że oba te olejki, lub jakiekolwiek olejek to panaceum. Tak dobrze nie ma. W ogóle zła wiadomość jest taka, że panaceum nie istnieje 😊. By osiągnąć ten stan trzeba zadbać o wiele rzeczy. Trzeba było przywołać tradycję, mądrość poprzednich pokoleń i potraktować na zimno nasze współczesne wynalazki, które cóż, w tak przytłaczającej liczbie są bez sensu, że staje się to przerażające. Często powtarzam – podważaj. Gdy coś ci się nie zgadza, spróbuj inaczej, spróbuj sam. Później usiądź przy kominku lub wyjedź z przyjaciółmi i rozpal ognisko! Ogień jest magiczny jak spokój i poczucie sprawczości we własnym życiu.

P.S. W dodatku nieopodal nas mieszkają co najmniej dwie sowy. Widzisz to? Kominek, kocyk, książeczka, śnieg i pohukiwania sowy? No jazz, w środku miasta!

Podziel się: