W jednej zupie

24 października 2021

Jesteśmy doprawdy dziwni. W ferworze paradygmatu naukowego popadliśmy w zupełną amnezję. Co współczesna nauka powie, to staje się święte. Owoce takiego myślenia zbieramy od pewnego czasu dość boleśnie.

Nauka powiedziała: oleje rafinowane, margaryny! Przez lata je stosowaliśmy a stan naszego zdrowia o dziwo nie poprawił się, wręcz przeciwnie.

Nauka powiedziała: można bez ograniczeń stosować dopuszczone przez nas syntetyki! I tak półki sklepowe zalane są ciastkami, makaronami, sosami, aromatami, pieczywem, mięsem, wędlinami, które wykazują niezwykłą właściwość – większość z nich może być przechowywana latami. Efekt dla naszego zdrowia jeszcze gorszy.

Nauka powiedziała: sterylność! I bez większego zastanowienia półki sklepowe uginają się pod ciężarem „pasteryzowanych” serów, jogurtów, twarożków, śmietan, mleka itp. W formie środków je zabezpieczających by producent nie poniósł większej szkody finansowej dodano przeróżne substancje chemiczne. Innym rodzajem odpowiedzi na to „naukowe” wezwanie są „środki czystości” i wszechobecny chlor. Coraz nowsze marki i z coraz mocniejszymi substancjami. I nikt już nawet nie pamięta, że najskuteczniejsze okazało się mydło, co owa nauka też potwierdziła. Skutek: choroby odszpitalne w pełnej krasie

Od kilkunastu miesięcy owa „nauka” ma dla nas zupełnie nowe, niemniej absurdalne propozycje. Być może byłoby śmiesznie, gdyby nie było tak niebezpiecznie a jedynym celem jest spodziewany zysk.

Przykłady można mnożyć godzinami jednak najboleśniejsze jest to, że my, tacy przytomni, łykamy niczym pelikany. Zupełnie negujemy niezaprzeczalne fakty –  poprzednie pokolenia były silniejsze i zdrowsze. Nie zadajemy sobie nawet pytania: jak to możliwe? Bez współczesnej nauki, medycyny i ich osiągnięć?! W takim ciemnogrodzie sprzed dziesiątek, setek lat!  Ciągle za przykład podaje nam się długość życia jaką obecnie osiągamy. Nawet nie pofatygujemy się by porównać to z długością życia postaci z dziedzin np. literatury czy sztuki. A jeśli oni byli wyjątkowo długowieczni jak na swoje czasy to co stanowiło różnicę, która na to pozwalała? Co takiego jedli, czym takim się leczyli, jak mógł wyglądać ich dzień (bez samochodów, telefonów, telewizorów, kuchenek mikrofalowych czy ekspresów do kawy etc.)

Tutaj przypomina mi się pewna historia, która postanowiłam traktować jak anegdotę, bo cóż pozostało innego niż  się śmiać.

Pewien mój znajomy, dzisiaj już pan zbliżający się do słusznego wieku zawsze był wielkim zwolennikiem zdrowego trybu życia. Selektywnie. W diecie Pawła znajdowały się herbatki ziołowe, dużo ryb, posiadał własną wędzarnię, nienawidził z całego serca papierosów, zażywał dużo ruchu w formie nieustających wycieczek z rodzinną, udawał się na wyprawy własną łódką, by pożeglować po pięknych polskich akwenach i łowić ryby, miał własny ogródek z basenem i takie tam. Rzec można – rozsądny człowiek, gdyby nie fakt, że to tylko ładna fasada.

 Anegdota z jego udziałem dotyczy  sposobu NASZEGO myślenia.

Syn pana Pawła po ukończeniu studiów podjął pracę w firmie zajmującej się projektami spożywczymi. Po pewnym czasie ktoś docenił jego talent a opowieść wyglądała następująco:

Wiesz, Michał odniósł pierwszy sukces. Firma, w której pracuje otrzymała zlecenie od bardzo dużego producenta słodyczy na kolejny projekt ciastka. I Michał wymyślił ciastka w formie pierogów. Pojechał do głównej siedziby producenta by przedstawić swój projekt. Odbyło się to pod nieobecność jego szefowej, która w tym czasie przebywała na zwolnieniu. Na następny dzień po jej powrocie, Michał został wezwany na dywanik. Tam zebrał solidną burę za tak absurdalny projekt, usłyszał, że bardzo jej zależało na tym zleceniu a tutaj taki bezsens – pierogi! Michał wrócił do domu z niesmakiem, przecież tak się starał. Na następny dzień ponownie został wezwany na dywanik. Tym razem otrzymał bardzo ciepłą pochwałę. Zdębiał, bo nijak to się miało do sytuacji z dnia poprzedniego. Okazało się jednak, że projekt został zaakceptowany przez klienta i zostaje kupiony. Sukces!

Słuchałam uważnie, cieszyłam się z sukcesu Michała a jednocześnie coś mi zupełnie nie pasowało.

Otóż Michał skończył studia „Chemia żywności” i zapewne w samej nazwie kierunku nie byłoby nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że to tylko piękny eufemizm. Do niedawna ciastka „projektował” cukiernik, dzisiaj chemik.

Co do naszego myślenia – pan Paweł zwolennik tzw. zdrowego trybu życia jest pracoholikiem, żyje gorejącą nienawiścią do polityków, władz miasta, jest pełen pogardy dla każdego kto zdradza inne myślenie niż jego. Ogród to piękny trawnik i kilka drzewek podcinanych z aptekarską precyzją, basen, wypełniony chlorem w ogóle nie jest używany i tyle dobrego, wędzarnia stoi odłogiem, wszelkie wyprawy  na „łowienie ryb” to mocno zakrapiane imprezy, żywność pochodzi z supermarketów i prawdopobnie jest „projektowana” przez klony zawodowe Michała. Dzisiaj pan Paweł zmaga się już trzeci rok z chorobą przewlekłą, która pozbawiła go wielu elementów normalnego życia  a melancholijnym wspomnieniem pozostało przesiadywanie z gazetą w toalecie.

Pan Paweł jest doskonałym przykładem naszej hipokryzji, którą stosujemy wobec siebie samych. Przypomina mi się lektura 1984 i dwójmyślenie. 

My również z jednej strony doskonale wiemy, że to co oferuje się nam w sklepie to nie jest żywność, to chemiczne stwory produkowane przez wszelkiej maści i koloru Michałów. Dobrze wiemy, że „zasady prawidłowego żywienia” zmieniały się i zmieniają jak w kalejdoskopie, w zależności od tego w czyim interesie obecnie leży promowanie najnowszych produktów. Przerobiliśmy zachwyt np. margarynami czy olejami rektyfikowanymi. Do dzisiaj tak zresztą jest, zmieniły się jedynie produkty, bo moda się zmieniła. Do dzisiaj dzieci karmione są mlekiem modyfikowanym (przeczytajcie uważnie to ostatnie słowo) zamiast matczynym – chociaż tutaj powoli wraca świadomość. Często jednak wygrywa komfortu (!) mamy.

Dlaczego o tym piszę? Bo od wielu lat, staram się dostarczać mojemu ciału jakościowego „paliwa”. Nie jestem ortodoksem zdrowego żywienia, nie poszczę przesadnie, nie stosuje żadnej diety a czasami zdarza mi się zgrzeszyć.

Darzę również wielkim szacunkiem wszystkich, którzy zajmują się produkcją żywności, szczególnie w sposób zrównoważony, z szacunkiem zarówno do ziemi jak i do odbiorcy. Często wszak zdarza się, że jedna grządka dla siebie (ta „niekropiona”) a druga na sprzedaż (zalana chemią byle dużo urosło). Ktoś powie, że to normalne. Doprawdy? W którym miejscu? Normalnym jest, gdy innym sprzedaję tę samą jakość, której chcę dla siebie.

Praca rolnika jest ciężka, dobrze wynagradzana, ale ciężka. Sama pochodzę z miasta, więc doskonale wiem, że złudzeniem jest twierdzenie jakoby w mieście żyło się lżej. Jest inaczej, ale nie lżej. Równie dobrze wiem, że mało kto kupując ziemniaka, pomidora, czosnek czy dynię zastanawia się jaki wkład pracy za tym stoi. Szczególnie w tej rozmowie zwróciło moją uwagę to poczucie braku szacunku. Ciekawa jestem co miasto będzie jeść, jeśli cała wieś do niego się sprowadzi. Pozostaną nam Michały….

Howgh

Autor

Bogusława Groszek

Zostaw komentarz