Wakacje, wakacje i po wakacjach, czyli rozważań kilka

31 sierpnia 2018

Wakacje spędziłam w Polsce. Zawsze ciągnie mnie w szeroki świat, ale jak tylko mam okazję lub wymówkę to kończy się w Polsce. Z wielkim zachwytem patrzę na zmiany, które od czasu mojego wyjazdu są ogromne. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że tzw. zachód w moim przypadku rozumiany jako Belgia, stoi daleko w tyle we wszystkich prawie przejawach życia. „Prawie” robi jednak pewną różnicę.

Mając czas i sposobność dłuższą niż zwykle miałam okazję nieco wnikliwiej przyglądać się życiu codziennemu. To już nie była wyłącznie wakacyjna wyprawa by zachwycać się niewątpliwymi urokami naszego kraju. Wnioski już nie są takie kolorowe. I nie chodzi tutaj o politykę, gospodarkę, usługi, handel itp. Chodzi o to jaki obraz życia, takiego zwykłego, od piątku do piątku, od pierwszego do pierwszego mi się wyłonił. Nie chodzi też o pracę, której jak się okazuje jest pod dostatkiem. Pracować, tak czy inaczej się musi. Zazwyczaj. Tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na słodkie lenistwo jednak nie należy zapominać, że w przewadze na ten błogostan gdzieś, kiedyś, w ten czy inny sposób musieli zapracować. Pomijam tutaj oczywiście pensjonariuszy ZK ;).

Pierwszą rzeczą jaka mnie uderzyła był amok zakupowy. Kupuje się non stop. Jedzenie, ubrania, sprzęty, samochody, telewizory, telefony, tysiące drobiazgów. Chodzi się po nie jak po zdobycze. Zakupy, zwłaszcza w tzw. galeriach handlowych robię rzadko z dwóch powodów: nie cierpię tego do granic możliwości i w Brukseli bardzo mało jest takich przybytków. Jednak ze dwa razy do roku, przy zmianie sezonu i rosnących latoroślach trzeba się wybrać. Muszę przyznać, że w Polsce wiele rzeczy jest po prostu dużo lepszej jakości. Korzystam więc z okazji, co po trzech dniach objawia się poważną irytacją na sam dźwięk słowa „zakupy”. Zauważyłam, że galerie handlowe są pełne bez względu na porę dnia, tygodnia i roku. Bywają sezony, kiedy są „pełniejsze” typu wyprzedaże. Kupuje się wszystko i dużo. Zakupy są sposobem spędzania nawet rodzinnie, wolnego czasu. Chodzi się pooglądać, bo może się coś trafi, robi się przeglądy półek sklepowych, zapamiętuje ceny i czeka na okazję, gdy potanieją. Odwiedza się je regularnie by nic uwadze nie umknęło. Panie biegają od sklepu do sklepu, panowie z telefonami w rękach czekają przed lub w kawiarniach. Dzieci męczą się między półkami, które zastępują im place zabaw lub planszóweczkę z rodzicami. Na koniec wszyscy są wykończeni i nie mają już ochoty ani na wspólny posiłek zastąpiony przez fast food, ani na rozmowę, ani tym bardziej na wspólną zabawę. Paradoksalnie jak na ludzi, którzy spędzają czas na fantastycznej rozrywce uśmiechają się bardzo rzadko.

Wszelkiego rodzaju sklepy, supermarkety, hale targowe od rana do nocy wypełnione są klientami, którzy wyjeżdżają z nich z przelewającymi się koszykami. Nie wiem jak liczną rodzinę trzeba mieć, żeby takie ilości zjeść w ciągu tygodnia a nawet dwóch. Korowód kupujących nigdy się nie kończy. Pod wieczór wszyscy wyczerpani podjeżdżają pod swój blok/dom, wypakowują wszelkie te dobra zmęczeni i nie wiem czemu tak strasznie niezadowoleni. Następnego dnia powtórka i tak aż do piątku. W piątek jest inaczej. W piątek zaczyna się weekend. Od piątku wieczór jest bal. Dla niektórych od soboty. Już w piątek po południu zaczyna się zdecydowanie większy ruch. Wszystkie centra handlowe są oblegane. Parkingi przeładowane, ludzie wręcz biegają, zdenerwowani, skoncentrowani na celu, szarżują od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska. Biegiem wracają ze zdobyczami. Jedni wyjeżdżają z amokiem w oczach na zawsze zbyt krótki weekend, inni świętują w domach/ogródkach. Kilka szybkich lufek, żeby sponiewierało, dużo jedzenia, krzyki, śpiewy czasami trudnych do zidentyfikowania utworów. W sobotę się leczą metodą piątkową. Niedziela jest dniem dla odzyskania równowagi. Od poniedziałku praca. Trzeba w końcu zarobić na te rozrywki weekendowe.

Mnie przeraża taki styl życia i konsumpcji. Nie oburza, nie denerwuje tylko właśnie przeraża. Mało kto myśli nad tym co je. Ważne, żeby zjeść dużo. Nad tym co pije, ooo pić to trzeba dużo, wtedy dopiero się czuje, że jest wolne. Kupuje się w myśl zasady „może się zmarnować, ale nie może zabraknąć”.  Nikt nie może pomyśleć, że kupuję mniej, bo szanuję siebie, swoją pracę, swoje pieniądze i po prostu jedzenie, bo od razu uznają mnie za sknerę, jakiegoś nawiedzonego ekologa, który lituje się nad bydlątkami lub co gorsza takiego, który oszczędza! To już byłoby nie do przeżycia. Otoczenie mogłoby pomyśleć, że…. nie mam pieniędzy!

Zatrzymaliśmy się samochodem przed szeregiem pawilonów. I patrząc na nie pomyślałam, że one doskonale oddają ducha tego czasu. Był tam monopolowy, spożywczy, masarnia, cukiernia i…apteka. Bo prócz picia, jedzenia, i obłąkańczego biegania, żeby na to zarobić większość jeszcze się leczy. Właściwie notorycznie. Na przystankach, w autobusach, tramwajach, w sklepach i na targowiskach to jeden z najczęstszych tematów. Kto na co się leczy i kto jest „chorszy”. Tutaj też jakieś takie bardzo dziwne współzawodnictwo. Kto miał jaki zabieg, oczywiście zawsze ratujący życie, bo był na granicy, kto ma jakie schorzenia chroniczne, kto bierze więcej leków na więcej przypadłości. Kto i jakie stosuje diety, która jest cudowniejsza i oczywiście jego jest ta prawidłowa! To temat przewodni zaraz po chyba najbardziej popularnym. Kto czego więcej kupił, szczególnie okazyjnie, kto dalej pojechał na wakacje…na tydzień… kto więcej wypił i kto na jakiej jest diecie (płeć tutaj nie ma znaczenia).

Zrobiło mi się niewymownie przykro. Nie twierdzę, że tak robią wszyscy, bo to nie prawda. Księgarnie, teatry, filharmonie nie miałyby prawa bytu a przecież są. Ktoś w końcu jeździ z dziećmi na wycieczki i poświęca im czas, ktoś uczy je jeździć na rowerze czy pływać i nie musi to być jakiś klub. Ktoś jeździ w góry i na nie wchodzi, powoli, z mozołem niespiesznie podziwiając ich uroki. Ktoś jeszcze jeździ na wieś ze zwyklej miłości do spokoju i ciszy. Ktoś jeszcze z kimś rozmawia o tym co pod skórą a nie na niej i nie myślę tutaj o tkance mięśniowej czy wrzodach. Ktoś jeszcze spokojnie wyprowadza swojego psa bez używania telefonu komórkowego (spotkałam taki ciężki przypadek). Ktoś jeszcze (na całe miasto były to dwie starsze panie w samochodzie obok, ale jednak) odpowiada na pozdrowienie i pytanie „jak się panie mają” a miały się dobrze i obdarzyły nas przepięknym uśmiechem.

Tyle się ostatnio słyszy o Matrixie, że w nim żyjemy, że rzeczywistość to ułuda, że jesteśmy zmanipulowani do ostatniej komórki, że się nas programuje zgodnie z własnymi potrzebami różnych podmiotów. Chyba zacznę w to wierzyć.

Co do miłości to przypomina mi się scena z dzieciństwa. Miałam jakieś 4 lata. Poszłyśmy z mamą na pocztę. Był tam pies foxterier. Chciałam go pogłaskać, ale mama mnie ostrzegła:

– Nie głaskaj go, bo może cię ugryźć!

Oczywiście nie posłuchałam a pies oczywiście mnie ugryzł. Rozpłakałam się. Moja mama stwierdziła:

– A widzisz! Mówiłam ci!

Wówczas jeszcze nie groziło się policją ani sądem właścicielom mniej milusich milusińskich.

Ja rozżalona wyburczałam:

– I tak będę kochać wszystkie zwierzęta!

Polskę też, nawet tę, która mi się mniej podoba.

Niewymownie mi przykro. Może gdybym została krócej…, bo czego oczy nie widzą tego sercu nie żal.

Autor

Bogusława Groszek

Zostaw komentarz