Lato, lato wszędzie

23 sierpnia 2018

Wakacje jeszcze trwają. Moje również.  Moją ostatnią atrakcją będzie Kraków. Właśnie jestem w pociągu relacji Wrocław – Kraków, z lekkim uśmiechem zanotowałam przejazd przez Kusięta Nowe. ? Urocza nazwa.  Może jeszcze na to za wcześnie, ale podsumowując wakacje do tej pory, mogę z czystym sumieniem i wielkim zadowoleniem zaliczyć je do wyjątkowo udanych. Postanowiłam zrobić wakacje „pod siebie”, jakby to dziwnie nie brzmiało ?. Miałam zdecydowanie dwa marzenia wakacyjne: wreszcie dojechać do lawendy oraz znaleźć się w takim miejscu, gdzie choć przez parę dni ktoś się mną zaopiekuje, tak po ludzku, ciepło i serdecznie. Oba zrealizowane i wszystko co ponad to jest premią! A było ich kilka ?

Jeśli chodzi o lawendę to doskonale wiem, że jej uprawy można spotkać już w całej Polsce, ale wyznaję zasadę, że jak lawenda to we Francji, jak ryż to w Chinach, jak kangury to w Australii. Nie wiem, czy wybiorę się kiedykolwiek do Chin czy Australii, ale Francję mam przecież właściwie pod nosem. Żeby było zabawniej wybierałam się tam od kilku lat, ale w planach wakacyjnych zawsze wygrywali inni i jakoś nigdy nie mogłam się do tego dopchać. A trzeba tam być najlepiej w pierwszej połowie lipca.

Tego roku postanowiłam, że choćby się waliło czy paliło, czy są chętni na tę podróż czy ich nie ma – zupełnie mnie to nie obchodzi, jadę!  Chętni, z kaprysami, ale się znaleźli. Zatem lawenda wreszcie zaliczona. Wyznam wam szczerze, że tak na prawdę nigdy nie byłam wielką fanką ani rośliny, ani zapachu, ani olejku. Ot… lawenda. Do czasu oczywiście! ? Widoki urzekły mnie zupełnie, zapach przywołując skojarzenia przyjemności związanej z podróżą został zarejestrowany przez mój mózg jako wyjątkowo uroczy ?. Kiedy dorwałam się do pierwszego poletka lawendy, w które mogłam wreszcie wejść zrobiło mi się ckliwie. Jakoś „mientko-tfarda” jestem.

Taka wyprawa nie mogłaby być uznana za w pełni zaliczoną gdybym nie dokonała na miejscu zakupów. Na jakimś zwariowanym zakręcie natknęliśmy się na sklepik jednego z producentów. Wszystko oczywiście wyłącznie lawendowe…. Stały tam buteleczki, butelki i butle z olejkiem z lawendy a dokładniej rzecz biorąc z Lavandula hybrida. Tutaj proszę sobie przypomnieć co to jest chemotyp ?. Mój wzrok przechodził z buteleczek 30 ml przez 50… 100…, 250…, 500 by spocząć na godnej butli 1000 ml.  I to tę butelkę zawiozłam do domu ?. Przypomnijcie sobie Goluma z „Władcy pierścieni” jak gładzi pierścień mrucząc pod nosem „my treasure” …. Oto ja z moja butlą!

Zakupionym przeze mnie chemotypem jest Lawendula, bo chyba tak brzmi jej nazwa po polsku. Jest hybrydą powstałą z dwóch innych chemotypów, czyli z lawendy wąskolistnej i lawendy spika.

Jej głównymi substancjami czynnymi są: estry, monoterpeny w tym linalol, seskwiterpeny. Wykazuje silne działanie przeciwbólowe i uspokajające. Znana jest z kojącego działania na układ nerwowy, dlatego warto dodać ją do kąpieli po ciężkim dniu. Działa silnie rozkurczowo. Pomocna w skurczach jelit, po zbyt intensywnym wysiłku fizycznym czy… w epilepsji. Działa również rozkurczowo na oskrzela. Pomocna jest zatem w astmie, choć nie tak bardzo jak Rumianek rzymski. Podobnie jak każda z lawend ma działanie zabliźniające, szczególnie skuteczne w odleżynach czy poparzeniach oraz odstraszające dokuczliwe owady. Jak właściwie każdy olejek eteryczny działa antyseptycznie.

Trafiliśmy na sam środek kwitnienia. Z jednej strony winnice z drugiej żywa, ciągle bzycząca tysiącami pszczół lawenda. Do pełni szczęścia brakowało pól słoneczników, ale na nie było jeszcze za wcześnie. Tak upłynęła mi pierwsza część wakacji i realizacja pierwszego założenia wakacyjnego.

Druga część odbywa się w Polsce (np. przejazdem przez Kusięta Nowe ?). Z tego wniosek, że następny post będzie o olejku …? Jakieś sugestie? ?

Autor

Bogusława Groszek

Zostaw komentarz