Oh soleil, soleil…

27 lipca 2018

Lato w pełni. Mam nadzieję, że korzystacie z niego do oporu. Słonce świeci, przygrzewa. Czasem nawet przesadza. A my wyrwani z rutyny codziennych obowiązków nurzamy się w nim na ile nam tylko urlop pozwala. Trzeba wrócić do domu a szczególnie do pracy, z piękną opalenizną, która będzie naocznie zaświadczać o wyjątkowo udanych wakacjach. I nie ma znaczenia, gdzie one będą, w Polsce, Hiszpanii, Francji czy Grecji (choć ta ostatnia w świetle trawiących ją ogromnych pożarów może nie być najlepszym przykładem). Jeśli są to wakacje w kraju pozwalamy sobie na nieco dłuższy odpoczynek. Te zagraniczne trwają przeważnie ok. tygodnia. I to w tym czasie bezwzględnie musimy zdobyć opaleniznę. Od długiego czasu opalaniu towarzyszył wielki ruch związany z jego szkodliwością, na końcu której ma znajdować się czerniak. Obecnie już tak nie gromi się kąpieli słonecznych wspominając, że przecież właśnie w ten sposób pozwalamy naszym organizmom na zrobienie choć minimalnego zapasu witaminy D, której większość populacji ma skrajne niedobory. Oczywiście mają nas przed słońcem i jego rzekomo zabójczym działaniem ratować kremy z filtrem, które pozwolą na „ochronę”. 

W jednej z książek (Dr. Birgitte Houssin „Soleil, mensonges et propagande”) znalazłam masę jak najbardziej naukowych badan, które jawnie dowodzą konieczności przebywania na słońcu. Bibliografia do tej książki zajmuje bagatela 17 stron!

Trudno mi się nie zgodzić z bardzo wieloma z nich. Słońce jest nam potrzebne i basta. Ludzie od zawsze korzystali z jego dobrodziejstw, świętowali jego zwycięstwo nad czasem zimowym. Skąd zatem wzięła się moda na porcelanową cerę a później na opalanie i skąd pojawiły się wnioski o zabójczym działaniu słońca?

Moda na porcelanową buzię laleczki, z lekko zaróżowionymi policzkami (pomijając kraje azjatyckie, bo tam to nie wiem, jestem z Europy) miała świadczyć o delikatności i wysokim pochodzeniu. Dotyczyła zarówno kobiet jak i mężczyzn w każdym wieku. I już to widzę…. Upudrowane panie i panowie w wieku starotestamentowym, z namalowanymi rumieńcami i zalotnym pieprzykiem… Ogorzałe od słońca ręce czy twarz były prostackie, chłopskie, świadczyły o pracy w polu, na pełnym słońcu i oczywiście nie mogły mieć nic wspólnego z delikatnością ani dobrym pochodzeniem, bo dobre pochodzenie świadczyło o bezrobociu ? chociaż zupełnie inaczej rozumianym niż dzisiaj…. Ot taka bzdura.

Modę na piękną opaleniznę wprowadziła Coco Chanel wywołując wówczas skandal a był to rok 1923. Skandale również dobrze się sprzedają i tak od tamtej pory opalenizna świadczy o zdrowiu, aktywności fizycznej oraz o wyjątkowo udanych wakacjach (!?) i jest pożądana bardziej niż kania pożąda dżdżu, czego obrazem mogą być kremy, spraye i chusteczki samoopalające, przyciemniające kosmetyki i wiele, wiele innych.

Później padła wieść – słońce nas zabija! Tak nagle, znienacka, po raz pierwszy w kilkutysięcznej historii naszego gatunku, słońce uparło się, żeby przyczynić się do naszej eksterminacji…. Zupełnie zgłupiało!

A może to jednak my jesteśmy jedną nóżką bardziej nie teges?

Siedzimy oto przez okrągłe 11 miesięcy w pracy, zamknięci w naszych biurach, sklepach, firmach. Do i z pracy udajemy się samochodami lub komunikacją miejską, byle szybciej. W weekendy odrabiamy prace domowe i oddajemy się rozrywkom niewymagającym zbytniego wysiłku „bo trzeba odpocząć”. Słonce powoli zapomina, jak wyglądamy. Później przychodzi długo wyczekiwany urlop. Z obłędem w oczach pędzimy byle dotrzeć do celu i tam oddać się wakacyjnym przyjemnościom, do których należy również opalanie naszej zupełnie nieodżywionej, napchanej chemią kosmetyków, bladej skóry. Padamy więc plackiem na plaży, przy basenach, nad rzeką czy jeziorem, eksponując naszą biel w nadziei na zamienienie jej na przepiękny, głęboki brąz. W naszą biedną, styraną i zupełnie odzwyczajoną od, zarówno świeżego powietrza jak i słońca, skórę pakujemy ciężkie ilości kremów z filtrem (często bogate np. w formaldehyd, który szczególnie przyczynia się do nowotworów wszelkiej maści i koloru) i oto jesteśmy gotowi niczym dobrze przyprawione befsztyki. Dzięki tym kremom skutecznie również chronimy się przed witaminą D ?. I to jest piękna droga do czerniaka. Najbardziej bowiem narażonymi na te chorobę są osoby posiadające jasną skórę, ze skłonnością do poparzeń słonecznych (które nota bene są szkodliwe dla każdego rodzaju skóry!), z jasnymi oczami i włosami. W dodatku takie, które starannie unikają słońca przez cały rok, by przez ten tydzień wystawić się na nie niczym wspomniany wyżej befsztyk doprawiony chemicznym zestawem. 

Opalanie, dostęp do słońca jest nam niezbędnie potrzebny, ale nie w ten sposób. Potrzebujemy przecież wit. D. Właśnie ta naturalna witamina D wytwarzana przez nasze organizmy chroni nas przed: nowotworami (wszelkimi), chorobami autoimmunologicznymi (wszelkimi), depresją, zaburzeniami hormonalnymi, wspomaga znacząco wątrobę w detoksykacji organizmu, chroni dzieci przed deformacjami, niezbędna do prawidłowego rozwoju na każdym etapie, chroni przed osteoporozą, niezbędna w ciąży ze względu na matkę i płód, wpływa dobroczynnie na skórę, chroni przed wypadaniem włosów, chroni i wzmacnia drogi moczowe, niezbędna dla prawidłowego działania układu hormonalnego, wpływa znacząco korzystnie na przemianę materii i regulację wagi, chroni przed wapnieniem tętnic, chroni serce i układ krwionośny. Kogo z nas więc nie dotyczy gromadzenie witaminy D?! Każdego z nas dotyczy… Ktoś powie „to sobie kupię suplement”. Ok, ale pigułki wszystkiego nie załatwią, a syntetyk zawsze pozostanie syntetykiem. I po co w ogóle dopuszczać do sytuacji, w której trzeba ten syntetyk zastosować??!!

Opalać się należy, ale jak wszystko – z głową. Zawsze, kiedy mamy do tego sposobność, obojętne o jakiej porze roku powinniśmy wystawiać się na słońce. Zupełnie wystarczy 15-20 min. Jeśli opalenizna jest priorytetem to musimy wziąć dużo dłuższy urlop. Skóra, zwłaszcza ta zamknięta w biurach/sklepach/firmach/szkołach przez okrągły rok, potrzebuje czasu na to żeby zacząć cieszyć się słońcem i wiatrem. W tydzień to ona biedaczka szok przeżyje ? czego efektem będą w najlepszym wypadku podrażnienia słoneczne. Zamiast kremu z filtrem użyjmy filtrów naturalnych, które działają inaczej i są przede wszystkim zupełnie dla nas nieszkodliwe, wręcz pożyteczne a ich skuteczność w niczym nie odbiega od tych ze sztucznej chemii.

Do zasadniczych tłuszczów jakie należy zaliczyć do ochronnych na skórę należy olej z pestek malin (równowartość filtra 50) i masło Shea.

I tak olej z nasion malin jest również silnym antyoksydantem, który wnikając do skóry usuwa wolne rodniki i zapobiega jej starzeniu. Jego silne działanie przeciwzapalne i łagodzące jest szczególnie cenione, gdy jednak mimo wszystko przesadzimy z dawką słońca. Silnie wpływa na wzmocnienie bariery lipidowej naskórka, działa również nawilżająco, zwiększa zdolności ochronne skóry i pracę gruczołów łojowych. Jest też, dzięki swej wyjątkowej wchłanialności doskonałym nośnikiem dla olejków eterycznych porównywalnym w tej dziedzinie do oleju Calophylle.

Masło Shea, zwane również Karité, jest bogate w witaminę A i E, wzmacnia tzw. cement komórkowy skóry przez co zwiększa znacząco jej elastyczność. Zawiera również witaminę F co wpływa na rozluźnienie mięśni. Masło Shea jest „masłem wiecznym”. Nie psuje się nigdy! Możemy je przechowywać dowolną ilość czasu. Jeśli na jego opakowaniu znajdziemy datę przydatności to upewnijmy się, że w składzie nie znajdują się żadne inne składniki, bo tylko one mogą ulec przeterminowaniu. Bywa i tak, że producent podaje ją ze względu na przepisy. Sensu to nie ma, ale cóż… Masło Shea ma wielorakie zastosowanie w kosmetyce. Używane jest do kremów, maseczek, balsamów do ciała, można go użyć zamiast oleju kokosowego do sporządzenia peelingu do ciała, jeśli mamy ochotę, żeby był „wypasiony”. Jest również… doskonałym impregnatem drewna.

 Gdy dodamy do nich po kilka kropli olejków eterycznych (kilka znaczy 5 nie 50!) z ziaren marchwi, Tea tree, Ravintsara czy Niaouli otrzymamy NATURALNY, NIESZKODLIWY, BEZPIECZNY krem, który będzie nas zabezpieczał przed oparzeniami. Pod warunkiem oczywiście, że zachłyśnięci jego posiadaniem nie rzucimy się niczym na patelni w pełnym słońcu na 5 godzin. W takich przypadkach nie ma zmiłuj, przesada zawsze szkodzi. O pozostałych właściwościach tych olejków przeczytacie na stronie. 

 Natomiast absolutnie nie wolno do takiego kremu używać olejków z cytrusów, które są fototoksyczne, czyli zaszkodzimy sobie bardziej z takim kremem niż gdybyśmy nie użyli żadnego. Wiem, że cytryna czy mandarynka pachną uwodzicielsko pięknie, ale ich zadanie jest zupełnie inne i używając ich podczas ekspozycji na słońce nie dość, że macie szansę poparzyć się dużo szybciej to również nabawicie się na zawsze brzydkich brązowych plam.

Lato jest, słońce świeci a wy znowu przed kompem? Wymarsz! Niech was słoneczko obliże.

P.S.

Z notatnika czarownicy: gdyby jednak doszło do poparzenia lub podrażnień, jedną z najstarszych a zarazem skutecznych metod ratunkowych w takiej sytuacji są okłady z kwaśnego mleka. Nie jogurtem firmy D…, czy M…, ale zwykłym kwaśnym mlekiem. Działa kojąco i regenerująco. Nastawcie je sobie zawczasu. Jeśli nie będzie potrzebne do okładów, zawsze możecie je zjeść z nowymi ziemniaczkami posypanymi koperkiem i lekko ściętym jajeczkiem sadzonym, którego żółtko jest bogate w wiele witamin w ilościach cateringowych w tym również w witaminę D ?.

Autor

Bogusława Groszek

Some Thoughts

One Comment on “Oh soleil, soleil…

Zostaw komentarz